Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr G. Zieliński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr G. Zieliński. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 marca 2008

Muzyka w bibliotekach

Reakcją na postępowanie użytkowników różnorakich sieci p2p są pozwy kierowane w ich stronę przez organizacje czuwające nad prawami producentów muzycznych i filmowych. Zdarzają się również (praktykowane w naszym kraju) poranne najścia na mieszkania piratów i konfiskata sprzętu pomocnego w popełnianiu kradzieży własności intelektualnej. Złodziejstwo uprawiane jest najczęściej na oprogramowaniu komputerowym, plikach muzycznych i filmowych, zagrożone są również książki elektroniczne i audiobooki. Piraci komputerowi jawić się poczynają jako jedno z głównych zagrożeń przemysłu filmowego i fonograficznego. Straty jakich doświadcza tenże przemysł wydawać się mogą bardzo dotkliwe, skoro w Stanach Zjednoczonych trwał (trwa?) proces w sprawie pewnego bezwzględnego pirata. Adwokaci strony poszkodowanej doszli do wniosku, że należy spróbować doprowadzić do sytuacji, w której samo tworzenie plików mp3 z legalnie zakupionej płyty będzie czynnością podlegającą pod odpowiednie paragrafy.

Jeśli jednak w krajach o wyżej rozwiniętej kulturze konsumpcyjnej panuje dość duża dbałość o funkcjonowanie i rozwój bibliotek, w których materiały audiowizualne traktowane są z atencją równą książce, tak w Polsce jedynie kilkanaście bibliotek publicznych gromadzi na dużą skalę filmy i muzykę, zaś kilka spośród nich wypożycza je na zewnątrz. Budzi to zastanowienie, które wzmaga się, gdy porównamy zarobki w Stanach Zjednoczonych czy Kanadzie z oferowanymi przeciętnemu obywatelowi Polski i policzymy ile płyt z muzyką może kupić za dzienne wynagrodzenie pan Kowalski, a ile Mr. Smith?

Zadziwiać może również brak aktywności placówek utrzymywanych z podatków na polu dygitalizacji polskiej muzyki poważnej, czy ludowej i co za tym idzie jej nieudostępnianie na stronach bibliotek polskich. Jeden z niewielu wyjątków, czyli Biblioteka Narodowa zdygitalizowała wprawdzie swoje wałki fonograficzne i dygitalizuje płyty nagrane metodą akustyczną, ale aby usłyszeć arie śpiewane przez Adama Didura czy Jana Kiepurę albo muzykę ludową nagraną przez etnografów podczas badań terenowych, meloman zmuszony jest sięgnąć do kieszeni, wybrać się do biblioteki osobiście, albo spróbować szczęścia na "youtubie", czy w ostateczności sprawdzić w sieci p2p.

Na zakończenie warto chyba zadać pytanie czy muzyka Indian północnoamerykańskich jest lepsza od muzyki polskich górali? Sprawdźmy zatem strony Biblioteki Kongresu i strony Biblioteki Narodowej i porównajmy ich zawartość.

niedziela, 11 listopada 2007

Prawnicy i e-książki

Niedawne otwarcie Biblioteki Europejskiej wydawać się może próbą pokazania amerykańskim, komercyjnym firmom takim jak Google i Microsoft, że Europa też potrafi i łącząc siły 47 bibliotek narodowych jest w stanie ocalić i zaprezentować wielkiej internetowej społeczności kulturowe dziedzictwo krajów europejskich. O tym, czy biblioteka ta będzie będzie rozwijać się równie prężnie jak projekt Google Book Search przekonamy się w najbliższej przyszłości, jednak już teraz można pokusić się o stwierdzenie, że sprawne funkcjonowanie nie będzie jej mocną stroną a finanse przeznaczone przez biblioteki biorące udział w projekcie na jej działalność nie będą w stanie równać się z tymi do których ma dostęp internetowy gigant. Mimo licznych kontrowersji związanych z projektami Google’a i Microsoftu można zauważyć, że zainteresowanie książkami przez wymienione firmy zaczęło zmieniać mentalność środowisk związanych z książką zarówno amatorsko, jak i profesjonalnie. Mimo tego, zastanawiającym wydaje się pogląd znacznej części wypowiadających się na temat czytania e-książek. Zarówno fachowcy, do których bez wątpienia zaliczają się Grażyna Straus, Katarzyna Wolff i Sebastian Wierny, jak i przypadkowi internauci sądzą, że procent tych, którzy czytają książki z monitorów musi być niewielki. Świadczy o tym choćby to, że badacze z Biblioteki Narodowej dopiero w 2006 roku włączyli do swoich ankiet, pytania o ściąganie z sieci plików z książkami, badania przeprowadzone przez flashbook.pl, a także wypowiedzi internautów na różnorakich forach internetowych. Do podobnych wniosków doszedł Andrzej Gąsiorowski, który zauważył, że dość łatwo wejść w posiadanie elektronicznej wersji utworu, ale korzystanie z niej jest dość utrudnione, gdyż należy ją potem ponownie przekształcić w wersję drukowaną, co jest mało opłacalne. Także popularni polscy pisarze są raczej nieprzychylnie nastawieni do książek czytanych z ekranów monitorów. Mimo opinii tego typu, popieranej przez wielu miłośników książki drukowanej, liczba e-książek ciągle rośnie. Według Andrzeja Żygadło i Anety Wierzchowskiej w 2006 roku w Internecie krążyło „około 20 – 25 tysięcy książek w wersji elektronicznej w języku polskim, na świecie prawdopodobnie kilkaset tysięcy pozycji”, zaś „na jedną sprzedaną książkę w księgarni przypada czasem kilkaset albo i kilka tysięcy kopii rozpowszechnionych przez Internet”. Mimo braku kompleksowych badań w tym kierunku, wydaje się, że szacunek liczby e-książek znajdujących się w sieci przyjęte przez cytowanych autorów są dość zaniżone. Korzystając z pośrednictwa tylko Polskiej Biblioteki Internetowej możemy dotrzeć do 29 243 publikacji, zaś dodając do tego zawartość dostępną w innych bibliotekach cyfrowych okazuje się, że dysponujemy dostępem do o wiele wyższej liczby e-książek. Gdyby jednak brać pod uwagę tylko książki, rozpowszechniane w Sieci z naruszeniem praw autorów i wydawców liczba ich mogłaby rzeczywiście oscylować między 20 a 25 tysiącami. Natomiast pogląd o tym, że na jedną sprzedaną książkę przypada kilkaset lub kilka tysięcy kopii rozprowadzonych w sieci, wydaje się mocno przesadzony. za przykład (dość subiektywnie dobrany) może posłużyć "Harry Potter i Książę Półkrwi" Joanne Kathleen Rowling, który został w 2006 roku sprzedany w Polsce w liczbie 544 tysięcy egzemplarzy. Biorąc pod uwagę rachuby cytowanych autorów (Żygadło i Wierzchowskiej) wystarczy ową liczbę sprzedanych egzemplarzy pomnożyć przez 300, co zaowocuje wynikiem 163 200 000 pobranych plików z danym tytułem e-książki.

poniedziałek, 16 kwietnia 2007

Małgorzata Kowalska: Dygitalizacja zbiorów bibliotek polskich. Warszawa 2007 Wydawnictwo SBP.

Początek dygitalizacji zbiorów drukowanych to rok 1971, kiedy Michael Hart wprowadził ręcznie do komputera Deklarację Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Podjęta przez niego inicjatywa pociągnęła za sobą rozrastającą się grupę wolontariuszy i przerodziła w największy chyba niekomercyjny serwis z książkami w postaci cyfrowej na świecie. O ile pierwszą biblioteką cyfrową na świecie był wspomniany powyżej niefinansowany ani ze środków federalnych, ani z budżetu jakiegokolwiek stanu Project Gutenberg, tak na gruncie polskim jako pierwsza pojawiła się w 1997 roku Biblioteka Sieciowa. Ta współtworzona przez wolontariuszy inicjatywa wyprzedziła o ponad 5 lat otwartą z wielką pompą Polską Bibliotekę Internetową, która niestety z powodu wielu różnorakich perturbacji nie rozwija się tak, jak oczekiwałoby tego środowisko bibliotekarzy.


W dniu dzisiejszym biblioteki cyfrowe rozwijają się w sposób żywiołowy. Mimo, że liczba bibliotek, które przystąpiły do przenoszenia zawartości książek zagrożonych przez upływ czasu lub inne niekorzystne czynniki rośnie, to nadal jest ich zbyt mało a we wschodniej części Polski nie ma ich wcale. Dygitalizacja wywołała wprawdzie odzew w postaci licznych publikacji, jednakże do momentu wydania książki Małgorzaty Kowalskiej nie została w sposób kompleksowy opisana.


„Nadrzędnym celem opracowania – według autorki – jest charakterystyka strategii dygitalizacji przyjętych przez poszczególne biblioteki, ogólna ocena dokonań bibliotek w tym zakresie oraz próba ukazania perspektyw tego typu działalności na przyszłość.” Problematyka poruszona w książce jest istotna szczególnie w perspektywie ciągłego rozwoju Polski zmierzającej ku gospodarce opartej na wiedzy. Bez zasobów oferowanych przez biblioteki cyfrowe nie zdołano by ochronić znacznej części dziedzictwa narodowego, na który składa się twórczość autorów praktycznie nieznanych, których utwory zostały wydane jednokrotnie. Małgorzata Kowalska podzieliła książkę na dwie części. Pierwsza, zatytułowana „Zastosowanie techniki cyfrowej w ochronie dziedzictwa dokumentalnego” została poświęcona różnorakim aspektom dygitalizacji poczynając od technicznych przez organizacyjne, kończąc na prawnych. „Dygitalizacja zbiorów w bibliotekach polskich” to tytuł części drugiej poświęconej praktycznym efektom tejże czynności.


Nawet mimo słów autorki zamieszczonych we wstępie o tym, iż niniejsza książka nie ma pełnić funkcji poradnika, należy podkreślić, że stać się ona powinna wydawnictwem niezbędnym w księgozbiorze podręcznym każdej osoby kierującej pracami dygitalizacyjnymi w bibliotece. Bez wątpienia na to zasługuje z racji szerokiej problematyki podjętej w opracowaniu gromadzącym w jednym miejscu tematykę poruszaną w licznych artykułach rozrzuconych po wielu czasopismach i wydawnictwach zbiorowych. Jednak pozostała jedna sfera pominięta przez autorkę. Wprawdzie tytuł książki wyraźnie wskazuje, że jej problematyka została osnuta wokół zagadnień związanych z cyfryzacją zbiorów podejmowaną przez biblioteki, ale wydaje się, że brak w niej choćby podrozdziału poświęconego inicjatywom podejmowanym na pograniczu prawa, które zyskują coraz większą popularność. Oprócz Europejskiej Biblioteki Cyfrowej i budzącego liczne kontrowersje Google’a autorka właściwie nie opisała żadnego projektu dygitalizującego również zbiory chronione prawem autorskim. A może się okazać, że z racji dygitalizacji prowadzonej przez firmy komercyjne, rola biblioteki jako ośrodka gromadzącego piśmiennictwo zostanie zagrożona i aby przeczytać książkę nie zakupioną osobiście, dzisiejszy użytkownik biblioteki będzie zmuszony w niedalekiej przyszłości skorzystać z jednego z serwisów internetowych działających na pograniczu prawa.

Cała recenzja znajduje się w "Poradniku Bibliotekarza" nr 9/2007 s. 24 - 26.

Serdecznie dziękuję Pani Małgorzacie za dar w postaci książki.

piątek, 16 marca 2007

Znowu o książkach audio...

Mimo dużych kosztów dygitalizacji zbiorów dźwiękowych, w tym i książek mówionych, mimo problemów z dostępem do sprzętu i oprogramowania, koniecznym wydaje się ratowanie pierwszych nagrań dźwiękowych choćby w celu ocalenia polskiego dziedzictwa kulturowego. Wprawdzie prace nad cyfryzacją zasobów drukowanych posuwają się dość sprawnie – świadczy o tym sprawna współpraca regionalnych bibliotek cyfrowych – ale do jej ukończenia jeszcze daleka droga. O wiele gorzej jest z dygitalizacją bibliotecznych zbiorów muzycznych. Do tej pory uratowano jedynie nagrania zapisane na wałkach fonograficznych. W związku z tym nasuwają się kilka pytań:

Co z kilkunastoma tysiącami nagrań, które powstały przed drugą wojną światową w polskich wytwórniach fonograficznych?

Co z tysiącami książek audio, które niewidomi i niedowidzący ciągle mogą wypożyczać w bibliotekach udostępniających tego rodzaju zbiory (pierwsze tego typu wydawnictwa powstały na początku lat sześćdziesiątych)?

Wprawdzie Archiwum Polskiego Radia prowadzi prace nad dygitalizacją własnych zasobów dźwiękowych, ale z racji niezbyt dużej ilości specjalistów przy tym zadaniu proces ten będzie długotrwały. Poza tym Polskie Radio nie będzie w stanie zdygitalizować polskich zasobów dźwiękowych w sposób całościowy. Na przeszkodzie stoi bowiem ich znaczne rozproszenie i najprawdopodobniej również całkowite zniszczenie części z nich. Póki co wszyscy zainteresowani zdygitalizowanymi zbiorami Polskiego Radia muszą się doń udać osobiście, a przecież świat wychodzi ze swoimi zbiorami do internautów W sieci można znaleźć również słuchowiska prezentowane w amerykańskim radio w latach pięćdziesiątych , a także nagrania muzyczne i filmowe należące już do domeny publicznej. Polska w porównaniu za wzmiankowanymi wyżej inicjatywami państwowymi i prywatnymi wypada bardzo blado. Jedynie tzw. piraci internetowi ciągle dzielą się swoimi zbiorami, również książkami audio.

Po przeanalizowaniu tytułów książek audio, które krążą w swoistym obiegu nielegalnym, dość istotną konstatacją staje się ta, że część z nich (111 tytułów) należy już do domeny publicznej i jako takie mogą one dość szybko z owego obiegu zniknąć. Fakt, iż wydawcy postanowili zatrudnić lektora i ponownie wprowadzić dany tytuł na rynek, nie powinien stanowić problemu w jego swobodnym obiegu, o ile znajdzie się grupka ochotników , którzy zechcą wziąć przykład z zapaleńców współtworzących LibriVox.

sobota, 3 marca 2007

Zizek i Web 2.0

Interesujący tekst Zizka dość ostro krytykuje świat wirtualny ze wszystkimi jego pozornymi zaletami. Ważną nagrodę Człowieka Roku przyznawaną corocznie przez tygodnik Time otrzymał według Zizka (cytuję) każdy, kto korzysta z internetu lub tworzy zawarte w nim treści. Różnica między odbiorcą a twórcą jest dosyć oczywista. Wprawdzie skala porównania, którego za chwile użyję jest przesadzona, ale pozwoli by może uzmysłowić sobie jaką pomyłkę popełnił filozof. Do chwili nadania tytułu Człowieka Roku w 2006 roku zbiorowości, tygodnik Time zazwyczaj wybierał do tego wybitne jednostki. Mimo tego, że kilkakrotnie nagrodzone zostały postaci abstrakcyjne np.: amerykański żołnierz, węgierski powstaniec, komputer osobisty, czy zbiorowości - amerykańska klasa średnia i potomkowie boomu demograficznego, ale były to odosobnione przypadki. Większość spośród nagrodzonych cechowała aktywność (wyjątek to komputer osobisty). W tym przypadku redakcja Time'a postąpiła podobnie i nagrodziła społeczność tworzącą zawartość internetu, a właściwie Web 2.0, a nie biernych odbiorców!

Jeśli Zizkowi wydaje się – pozwolę sobie tutaj zacytować - że każdy, kto patrzy na okładkę "Time'a", nie widzi innych, z którymi jakoby bezpośrednio się komunikuje, lecz lustrzane odbicie samego siebie. Czy wadą jest ujrzenie własnego odbicia w sieci? Czy możność wypowiedzenia się w medium docierającym do milionów ludzi jest mało znaczące i internauta otaczając się podobnymi do niego i spędzając coraz więcej czasu w sieci przestaje dostrzegać świat realny? A może filozof wyobraża sobie takiego internautę jako awatara funkcjonującego w alternatywnym świecie Second Life gdzie ślusarz może zostać dziennikarzem, a fryzjerka gwiazdą popu? A nawet jeśli tak, to czy owe awatary nie mogą się swobodnie wypowiadać?

Wydaje mi się, że Zizek się myli. Argumentem na to może być możliwość wpływania tego wirtualnego świata choćby na rzeczywistość medialną Polski (patrz afera z blogiem Elizy Michalik: 1, 2 i 3), czy pogłoski zamieszczone na pewnym blogu, które spowodowały rozprzestrzenienie się wieści o pewnym prezydencie, asystentce i cygarze (taką wersję przedstawił w grudniu w Warszawie Alexander Bard).

środa, 28 lutego 2007

O książkach audio słów kilka

W jednym ze swoich artykułów Richard Stallman przedstawił niepokojącą wizję przyszłości książki. Za czterdzieści lat zbiory bibliotek będą zdygitalizowane, każda publikacja będzie dostępna tylko w postaci elektronicznej i większość z nich będzie dostępna tylko dla bogatej części społeczeństwa. Oznaczać to może jeszcze większe rozwarstwienie społeczne i niemal całkowity brak możliwości awansu do klasy średniej dzięki zdobyciu wyższego wykształcenia.

Wypada żywić nadzieję, że się myli i prace podejmowane nad dygitalizacją zbiorów przez biblioteki cyfrowe, niezależne projekty funkcjonujące dzięki pracy wolontariuszy oraz przez gigantów internetowych nie doprowadzą do tego, że tradycyjne biblioteki zostaną zamknięte, a książkę będzie można przeczytać jedynie korzystając z usług swoistych archiwów książek bądź różnorakich pirackich serwisów internetowych. Wprawdzie czytanie nie cieszy się w dzisiejszym, nastawionym na konsumpcję świecie specjalną estymą i mimo zamykania kolejnych bibliotek, likwidowania małych i średnich księgarni, książka ciągle znajduje sobie miejsce.

Jeszcze bardziej wydłużający się czas pracy, powszechność internetu i ciągle powiększająca się oferta dostawców telewizji kablowej powodują, że zostaje coraz mniej czasu na lekturę. Jednym z lekarstw na taki stan rzeczy jest książka do słuchania. Wprawdzie początkowo służyła ona głównie jako substytut książki papierowej i dostępna była głównie w bibliotekach dla niesłyszących i niedosłyszących w postaci kilkunastu kaset magnetofonowych ale wraz z ewolucją sprzętu audio, ich przenoszenie i odtwarzanie stało się znacznie łatwiejsze. A pojawienie się oprogramowania umożliwiającego zripowanie nagrania do formatu mp3 oraz kart pamięci spowodowało, że książka audio zmniejszyła swe rozmiary ze wspomnianych wcześniej kilkunastu kaset, czy kilku płyt cd do kilkuset MB. W związku z tym możliwe jest odsłuchiwanie książki właściwie wszędzie i niemal w każdych warunkach, a uczniowie czujący awersję do czytania mogą wreszcie zapoznać się z lekturami szkolnymi w sposób niemal bezstresowy.

Niestety oferta rynkowa książek audio jest ciągle zbyt mała i o ile wiem nie powstała w Polsce inicjatywa podobna do Librivox, oferującej więcej tytułów na licencji Creative Commons niż największa polska księgarnia internetowa.