Niedawne otwarcie Biblioteki Europejskiej wydawać się może próbą pokazania amerykańskim, komercyjnym firmom takim jak Google i Microsoft, że Europa też potrafi i łącząc siły 47 bibliotek narodowych jest w stanie ocalić i zaprezentować wielkiej internetowej społeczności kulturowe dziedzictwo krajów europejskich. O tym, czy biblioteka ta będzie będzie rozwijać się równie prężnie jak projekt Google Book Search przekonamy się w najbliższej przyszłości, jednak już teraz można pokusić się o stwierdzenie, że sprawne funkcjonowanie nie będzie jej mocną stroną a finanse przeznaczone przez biblioteki biorące udział w projekcie na jej działalność nie będą w stanie równać się z tymi do których ma dostęp internetowy gigant. Mimo licznych kontrowersji związanych z projektami Google’a i Microsoftu można zauważyć, że zainteresowanie książkami przez wymienione firmy zaczęło zmieniać mentalność środowisk związanych z książką zarówno amatorsko, jak i profesjonalnie. Mimo tego, zastanawiającym wydaje się pogląd znacznej części wypowiadających się na temat czytania e-książek. Zarówno fachowcy, do których bez wątpienia zaliczają się Grażyna Straus, Katarzyna Wolff i Sebastian Wierny, jak i przypadkowi internauci sądzą, że procent tych, którzy czytają książki z monitorów musi być niewielki. Świadczy o tym choćby to, że badacze z Biblioteki Narodowej dopiero w 2006 roku włączyli do swoich ankiet, pytania o ściąganie z sieci plików z książkami, badania przeprowadzone przez flashbook.pl, a także wypowiedzi internautów na różnorakich forach internetowych. Do podobnych wniosków doszedł Andrzej Gąsiorowski, który zauważył, że dość łatwo wejść w posiadanie elektronicznej wersji utworu, ale korzystanie z niej jest dość utrudnione, gdyż należy ją potem ponownie przekształcić w wersję drukowaną, co jest mało opłacalne. Także popularni polscy pisarze są raczej nieprzychylnie nastawieni do książek czytanych z ekranów monitorów. Mimo opinii tego typu, popieranej przez wielu miłośników książki drukowanej, liczba e-książek ciągle rośnie. Według Andrzeja Żygadło i Anety Wierzchowskiej w 2006 roku w Internecie krążyło „około 20 – 25 tysięcy książek w wersji elektronicznej w języku polskim, na świecie prawdopodobnie kilkaset tysięcy pozycji”, zaś „na jedną sprzedaną książkę w księgarni przypada czasem kilkaset albo i kilka tysięcy kopii rozpowszechnionych przez Internet”. Mimo braku kompleksowych badań w tym kierunku, wydaje się, że szacunek liczby e-książek znajdujących się w sieci przyjęte przez cytowanych autorów są dość zaniżone. Korzystając z pośrednictwa tylko Polskiej Biblioteki Internetowej możemy dotrzeć do 29 243 publikacji, zaś dodając do tego zawartość dostępną w innych bibliotekach cyfrowych okazuje się, że dysponujemy dostępem do o wiele wyższej liczby e-książek. Gdyby jednak brać pod uwagę tylko książki, rozpowszechniane w Sieci z naruszeniem praw autorów i wydawców liczba ich mogłaby rzeczywiście oscylować między 20 a 25 tysiącami. Natomiast pogląd o tym, że na jedną sprzedaną książkę przypada kilkaset lub kilka tysięcy kopii rozprowadzonych w sieci, wydaje się mocno przesadzony. za przykład (dość subiektywnie dobrany) może posłużyć "Harry Potter i Książę Półkrwi" Joanne Kathleen Rowling, który został w 2006 roku sprzedany w Polsce w liczbie 544 tysięcy egzemplarzy. Biorąc pod uwagę rachuby cytowanych autorów (Żygadło i Wierzchowskiej) wystarczy ową liczbę sprzedanych egzemplarzy pomnożyć przez 300, co zaowocuje wynikiem 163 200 000 pobranych plików z danym tytułem e-książki.
niedziela, 11 listopada 2007
sobota, 20 października 2007
Programy o książkach w telewizji Anno Domini 2007
O telewizyjnych programach, poświęconych zagadnieniom książki, naukowych artykułów raptem trzy, trochę publicystyki z gazet i tygodników. Treści o charakterze naukowym obiektywne, jak należy, coś opisują, deskrybują, dowody wyprowadzają. Prasa o zasięgu ogólnopolskim programy te przedstawia raczej w świetle stereotypowym. Cóż więc rzecz można o książce w telewizji Anno Domini 2007?
Ano zmiany przełomu lat 2006/2007 są niepokojące. Przegląd wykazał ubytki znaczne. Diagnoza w karcie: postępująca specjalizacja. Przebieg choroby, zalecane środki zaradcze, prognozy do dalszych działań, rokowania. Słowem szpitalna epikryza. No i przekład na nasze.
Jakiś czas temu dałem w „Bibliotece Analiz” [nr 184, 2006] przegląd programów o książkach objawianych w telewizorni. Wyszło, że w 2005 było ich od 12-16, w zależności jak liczyć (wszystkie na kanałach stacji dostępnych w tzw. pakiecie podstawowym). Początek 2006 to audycji już tylko 6. Od tamtego czasu medytowałem obficie o nową jakość. Powietrze przez przeponę wypuściłem dopiero w nowym roku. I co widzę? Ramówka trochę obskubana, wymaga szybkich zabiegów konserwatorskich bo gubi inkrustację. Z czterech produkcji końca roku 2006 mamy trzy, dodatkowo dodając, i pierwszy raz do ogólnej sumy zestawu wliczając, jeden program z niedostępnej wszystkim TV Kultura, wyjdzie ich 4.
Respirując dalej niespokojnie szybkim okrzykiem je tu wyliczę, w kolejności zgodnej z alfabetem polskim: „Czytelnia”, „Moliki książkowe”, „Telewizyjne wiadomości literackie”, „Wydanie drugie poprawione”.
Telewizyjnym programom potrzebny jest telewidz, tak jak książce czytelnik, jedyne co można przepisać na postępujący zanik to: włączać odbiornik TV o wyznaczanych godzinach. Jak się zdaje programów będzie ubywać i/lub będą raczej prezentowane w specjalnych pasmach. Coraz więcej jest kanałów tematycznych, personalizowanie oferty, zwłaszcza za sprawą Internetu sprzyja traktowaniu książki jako dobra dla wybranych. Tworzy się telewizje dla lekarzy, tworzy się telewizję o kulturze, tworzy się wreszcie i telewizję o książkach.
piątek, 5 października 2007
Biblioterapia dowodem na...........
Książka, jak wiadomo składa się z materiału oraz utrwalonego w owym materiale tekstu, wyrażonego najczęściej znakami graficznymi pisma, które to (pismo) służy przekazywaniu informacji. Abstrahując od tego, że w ujęciu McLuhana środek przekazu (np. książka) sama jest też przekazem, chciałem podać jeden ważny podwód, dla którego wyżej stawiać, w moim odczuciu, należy sam przekaz informacji zawarty w książce, a więc jej treść od materiału. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób książka jest przedmiotem sztuki i że większą wagę przypisują jej materialnej postaci, tym samym jednak odbierając status książki na przykład plikowi komputerowemu.
Otóż zwracam uwagę na kwestię biblioterapii. Czymże jest ona wyjaśnię pokrótce. Ano zdiagnozowawszy jakiś problem u czytelnika należy podsunąć mu taką pozycję książkową (lub liczbę mnogą), która zapewni mu owego problemu zredukowanie. Oczywiście nie stanie się to od razu, z resztą o skuteczności wypowiadać się nie będę, tu potrzeba by kogoś z wykształceniem bibliotekoznawczym oraz psychologicznym. Z grubsza jednak sprawa wygląda tak, że recepcja tekstu, czy ściślej fabuły, opowiadania ma służyć przywróceniu duchowej równowagi (więcej w Wikipedii).
Do czego zatem zmierzam? Do tego, że mimo, iż mówimy o biblioterapii , tak jakby to książka leczyła, to tak na dobrą sprawę leczy de facto tekst umieszczony w tejże książce. Równie dobrze można by mówić o internetoterapii, czy weboterapi, netoterapii i wtedy traktować zagubionego czytelnika zbiorem wpisów blogowych, selfpublishingiem internautów, serwisami społecznościowymi. Czyż na przykład serwisy wideo nie spełniają podobnej funkcji, możemy znaleźć sobie filmik na każdą okazję, pośmiać się i ubawić.