Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sebastian D. Kotuła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sebastian D. Kotuła. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 kwietnia 2008

Krytykowali Wikipedię

Krytykowali Wikipedię, że jako enkýklios i paideía ci ona nie pewna, że błędów moc w niej znajdziesz, że lepiej uciec od niej na rzecz tradycyjnie wydrukowanej. Owszem prawdą jest, że błądzić to ludzkie, więc co człowiek zrobi może być i z błędem. Tak więc i tu nieuchronne ci one były. Jednakże myślę, że tak naprawdę krytykantom przyświecał cel zgoła inny. Jaki to zostawiam w sferze domysłów. Skarbnica ta jest taką na miarę dzisiejszego internetu.

Co się wiec stało się? Odpowiedzią na krytykę Wikipedy powstało Citizendium. Szczegółowo omówione w artykule Katarzyny Dankiewicz. Taka encyklopedia internetowa, tyle że robiona przez fachowców.

Wikipedia wyrobiła już sobie pewną pozycję, zaczęła być cytowana, a przywołana w tekście nie budziła niczyjego zdziwienia. Teraz więc czas na Citizendium, do którego na pewno przynajmniej w pierwszych latach będzie się podchodziło z nieufnością.

W zasadzie to i tak odetchnąłem z ulgą bo wreszcie będzie można korzystać z, w perspektywie, wielkiego źródła informacji z internetu za pomocą monitora i cytować i być nie do podważenia.

niedziela, 30 marca 2008

Czy zmiana deskryptora powoduje zmianę semantyczną?

Od jakiegoś już czasu zamiast terminu biblioteka (szkolna) mówi się szkolne centrum informacji, zamiast biblioteka (publiczna) używa się pojęcia infoteka, zamiast bibliotekarz coraz częściej pojawia się termin infobroker, a nawet co stało się udziałem „Library Journal”, nr 1/15/2007 pojawiły się propozycje by w stosunku do bibliotekarzy używać takich na przykład pojęć: knowledge hacker, information alchemist, bibliodominatrix, indagatrix.

Nie zamierzam tutaj, w krótkiej formie wpisu blogowego, roztrząsać kwestii postawionej w tytule i rozpisywać swoich dociekań, bowiem sprawa wydaje się oczywista. Podkreślmy tylko aby nikt nie miał wątpliwości: zmiana nazwy (deskryptora) sama w sobie nie spowoduje zmiany semantycznej tu rozumianej jako przypisywanie konkretnemu obiektowi z rzeczywistości (określanemu terminem bibliotekarz) nowych właściwości. Owszem w pojęciu wyrażonym znakiem językowym te zmiany zaiste się pojawiają, każde pojęcie znaczy coś innego, jest zbiorem różnych cech (sobie tylko właściwych).

Pamiętając jednakże o koncepcji znaczenia, zaproponowanej przez Wittgensteina (WITTGENSTEIN, L. Dociekania filozoficzne. Warszawa: Wydaw. Naukowe PWN, 2000, s. 34), sprowadzającym się do twierdzenia, że znaczeniem słowa jest sposób użycia go w języku, o czym pisałem trochę w artykule na łamach EBIB, przekonamy się, że to tak na dobrą sprawę od użytkowników biblioteki, od czytelników zależy w dużej mierze zmiana semantyczna. Pytanie jest więc następujące: czy użytkownik biblioteki rzeczywiście przychodząc do biblioteki osoby tam pracujące postrzega w jakiś nowych kategoriach? Czy myśli o nich jako o wypożyczających książki, czy też myśli o nich jako o specjalistach od informacji? Aby nowe terminy nie stały się tylko etykietami przyklejanymi do utrwalonych od lat czynności (np. wypożyczanie lektur) wiele pracy muszą włożyć czynni zawodowo bibliotekarze.

czwartek, 15 listopada 2007

Skąd biorą się trudności w korzystaniu z Internetu?

Internet dla wielu jest podstawowym źródłem wszelkiej informacji. Wszechobecność Sieci i coraz łatwiejszy do niej dostęp czyni ze świata WWW źródło podręczne, natychmiastowe oraz instant. Jednym kliknięciem użytkownicy zagłębiają się w zasobach globalnej pajęczyny szczęśliwi, że oto za pośrednictwem komputera uzyskują wszystkie niezbędne informacje. Istny pharmakon nepenthes (środek łagodzący ból i troski). Panaceum na informacyjne bolączki. Owa prostota obsługi, wyrażająca się intuicyjnym przetrząsaniem świata licznych witryn i serwerów jest jednakże zwodnicza. Internet nie jest wcale prosty w obsłudze ani łatwy czy przyjemny w kontakcie. W dużej mierze dodatniemu odczuciu sprzyjają wizualne interfejsy, wykorzystywanie wirtualnego świata w tych samych celach, co dawnych mediów, np. oglądanie telewizji, słuchanie radia, czy też zwyczajowe nawiązywanie i utrzymywanie kontaktów interpersonalnych. Można więc założyć, że większość osób zażywa zdobyczy Internetu bardzo powierzchownie, zadowalając się zupełnie elementarnymi jego możliwościami.

Na pytanie dlaczego medium to trudne? Odpowiadam: cała architektura Internetu zbudowana jest na fundamencie licznych kodów semiotycznych, np. języków naturalnych, jak polski czy angielski; języków sztucznych, jak np. esperanto; języków programowania, jak np. HTML itd. Aby móc odczytać konkretny kod semiotyczny potrzeba wiedzy na temat jego uzusu semiotycznego. Każdy kod składa się ze zbioru znaków i reguł (gramatyki), pozwalających łączyć te znaki w większe całości, a zatem znajomość kodu oznacza de facto znajomość leksyki (zbiór znaków) oraz syntaktyki (reguł). Czym więcej kodów używa internauta tym więcej informacji na ich temat potrzebuje użytkownik aby móc wprawnie poruszać się w cyberświecie, a tych, jak wiadomo, stale przybywa, np. XHTML. Na tej chociażby podstawie twierdzę, że Internet nie jest wcale medium prostym w użytkowaniu. Każdorazowe wejście zmusza do wysiłku intelektualnego (odbiór, odczyt, nadawanie informacji), a tego każdy nomen omen konsument mediów niebywale unika.

sobota, 20 października 2007

Programy o książkach w telewizji Anno Domini 2007

O telewizyjnych programach, poświęconych zagadnieniom książki, naukowych artykułów raptem trzy, trochę publicystyki z gazet i tygodników. Treści o charakterze naukowym obiektywne, jak należy, coś opisują, deskrybują, dowody wyprowadzają. Prasa o zasięgu ogólnopolskim programy te przedstawia raczej w świetle stereotypowym. Cóż więc rzecz można o książce w telewizji Anno Domini 2007?

Ano zmiany przełomu lat 2006/2007 są niepokojące. Przegląd wykazał ubytki znaczne. Diagnoza w karcie: postępująca specjalizacja. Przebieg choroby, zalecane środki zaradcze, prognozy do dalszych działań, rokowania. Słowem szpitalna epikryza. No i przekład na nasze.

Jakiś czas temu dałem w „Bibliotece Analiz” [nr 184, 2006] przegląd programów o książkach objawianych w telewizorni. Wyszło, że w 2005 było ich od 12-16, w zależności jak liczyć (wszystkie na kanałach stacji dostępnych w tzw. pakiecie podstawowym). Początek 2006 to audycji już tylko 6. Od tamtego czasu medytowałem obficie o nową jakość. Powietrze przez przeponę wypuściłem dopiero w nowym roku. I co widzę? Ramówka trochę obskubana, wymaga szybkich zabiegów konserwatorskich bo gubi inkrustację. Z czterech produkcji końca roku 2006 mamy trzy, dodatkowo dodając, i pierwszy raz do ogólnej sumy zestawu wliczając, jeden program z niedostępnej wszystkim TV Kultura, wyjdzie ich 4.

Respirując dalej niespokojnie szybkim okrzykiem je tu wyliczę, w kolejności zgodnej z alfabetem polskim: „Czytelnia”, „Moliki książkowe”, „Telewizyjne wiadomości literackie”, „Wydanie drugie poprawione”.

Telewizyjnym programom potrzebny jest telewidz, tak jak książce czytelnik, jedyne co można przepisać na postępujący zanik to: włączać odbiornik TV o wyznaczanych godzinach. Jak się zdaje programów będzie ubywać i/lub będą raczej prezentowane w specjalnych pasmach. Coraz więcej jest kanałów tematycznych, personalizowanie oferty, zwłaszcza za sprawą Internetu sprzyja traktowaniu książki jako dobra dla wybranych. Tworzy się telewizje dla lekarzy, tworzy się telewizję o kulturze, tworzy się wreszcie i telewizję o książkach.

piątek, 5 października 2007

Infobroker czyli kto?

Najsampierw pozwolę sobie odesłać czytelnika do serwisu poświęconego w całości infobrokeringowi (Infobrokerwsto.pl), w którym to serwisie znajdziemy nie tylko przydatne definicje ale i szersze artykuły i wywody na temat całej idei infobrokerstwa. Nie będę więc mnożył rozważań, skupię się natomiast na przedstawieniu pewnego spostrzeżenia, które stało się dziełem jednej z mych myśli.

Postawiłbym znak prawie no równości między infobrokerem, a informatykiem. Informatyk przecież pisze programy, rozwiązuje stawiane przed nim problemy, wykorzystuje do tego celu komputer i nowoczesne technologie informacyjne i komunikacyjne. Infobroker z kolei szuka informacji, które rozwiążą dany problem (np. informacje niezbędne do napisana programu), przedstawia owe informacje w sposób przystępny dla stawiającego kwerendę, wykorzystuje również komputer i nowoczesne technologie informacyjne i komunikacyjne.

Zdaje się więc, że mają te zawody wiele ze sobą wspólnego, choć powiedziałbym, że infobroker powinien mieć szersze pole manewru i władać szerszą wiedzą. Wystarczy przypomnieć sobie zajęcia z informatyki w szkołach powszechnych. Polegają one z grubsza na nauczeniu wykorzystywania pewnych technologii. Jednakże już strona komunikacyjna technologii wychodzi poza ramy takich zajęć. Informatykom brak spojrzenia humanistycznego, wywodzą się przecież z kierunków ścisłych, to dopiero humanista infobroker, chciałoby się powiedzieć, może więcej, a przynajmniej powinien móc.

Biblioterapia dowodem na...........

Książka, jak wiadomo składa się z materiału oraz utrwalonego w owym materiale tekstu, wyrażonego najczęściej znakami graficznymi pisma, które to (pismo) służy przekazywaniu informacji. Abstrahując od tego, że w ujęciu McLuhana środek przekazu (np. książka) sama jest też przekazem, chciałem podać jeden ważny podwód, dla którego wyżej stawiać, w moim odczuciu, należy sam przekaz informacji zawarty w książce, a więc jej treść od materiału. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób książka jest przedmiotem sztuki i że większą wagę przypisują jej materialnej postaci, tym samym jednak odbierając status książki na przykład plikowi komputerowemu.

Otóż zwracam uwagę na kwestię biblioterapii. Czymże jest ona wyjaśnię pokrótce. Ano zdiagnozowawszy jakiś problem u czytelnika należy podsunąć mu taką pozycję książkową (lub liczbę mnogą), która zapewni mu owego problemu zredukowanie. Oczywiście nie stanie się to od razu, z resztą o skuteczności wypowiadać się nie będę, tu potrzeba by kogoś z wykształceniem bibliotekoznawczym oraz psychologicznym. Z grubsza jednak sprawa wygląda tak, że recepcja tekstu, czy ściślej fabuły, opowiadania ma służyć przywróceniu duchowej równowagi (więcej w Wikipedii).

Do czego zatem zmierzam? Do tego, że mimo, iż mówimy o biblioterapii , tak jakby to książka leczyła, to tak na dobrą sprawę leczy de facto tekst umieszczony w tejże książce. Równie dobrze można by mówić o internetoterapii, czy weboterapi, netoterapii i wtedy traktować zagubionego czytelnika zbiorem wpisów blogowych, selfpublishingiem internautów, serwisami społecznościowymi. Czyż na przykład serwisy wideo nie spełniają podobnej funkcji, możemy znaleźć sobie filmik na każdą okazję, pośmiać się i ubawić.

poniedziałek, 30 kwietnia 2007

Netspeak = praktyczny

Każda forma komunikowania ma sobie tylko właściwe cechy i jest nastawiona na osiągnięcie sobie tylko właściwych celów. Wraz z rozwojem nowych sposobów komunikacji, wykorzystujących coraz to nowsze urządzenia i osiągnięcia techniki, powstają zupełnie nowe odmiany starych zachowań komunikacyjnych. Każda zmiana pociąga za sobą inną zmianę. Ostatnio nową, zauważalną sferą ludzkiej działalności, która wytworzyła sobie swoiste i odrębne sposoby komunikacji i tym samym sobie właściwy styl wypowiedzi, jest Internet.

Internet, globalna sieć, komunikacja elektroniczna, a więc np. IRC, czat, SMS daje sposobność do przekazywania informacji, jednakże informacje przekazywane via Sieć mają specyficzne cechy i są zbudowane w specyficznym stylu – w netspeaku. Netspeak został już dokładnie opisany przez Monikę Górską-Olesińską, nie ma więc potrzeby budować szczegółowych analiz, chcę natomiast zwrócić uwagę jedynie na jedną główną według mnie cechę netspeaku.

Tak jak dawniej powstanie pisma, druku, fotografii, radia czy telewizji powodowało powstawanie różnych gatunków wypowiedzi, np. gatunków publicystycznych, tak samo dzisiaj powstawanie nowych technologii komputerowych oraz rozwój Internetu daje początek nowym gatunkom wypowiedzi, np. blogom.
Styl internetowy, internetowa odmiana polszczyzny, język internetowy, język internetu, netlish, weblish, netlingo, wired style, cyberspeak, e-language, e-talk, e-disc jakby tego zjawiska nie nazwać nastawiony jest przede wszystkim na cel, jakim jest szybka i skuteczna komunikacja. Stąd tak wiele „błędów”, pomyłek, brak interpunkcji i ortografii, skróty, skrótowce, mieszanie mowy z pismem, skryptualizowanie mowy, mieszanie języków itd. W ten sam sposób daje się wytłumaczyć dlaczego coraz więcej stron WWW budowanych jest w języku esperanto. Otóż przecież esperanto jest systemem, który można opanować w stosunkowo krótkim czasie, a tym samym zdobyć umiejętność komunikacji i wymiany informacji z ludźmi z całego świata, bo jak dobrze wiemy nie ma takiego zakątka globu, gdzie nie funkcjonowałaby jakaś grupa praktykująca esperanto.

Pamiętajmy wreszcie, że jednym z synonimów leksemu virtual jest practical. Konotacja praktyczności jest łatwa do wyjaśnienia. Przecież ta wirtualna rzeczywistość jest rzeczywistością praktyczną bowiem spełnia cały szereg utylitarnych i pragmatycznych zadań. Daje na przykład elementom wirtualnym właściwości dokładnie takie same, jak mają elementy faktycznie istniejące w rzeczywistości. Rzeczywistość wirtualna została stworzona li tylko w praktycznych celach.

środa, 18 kwietnia 2007

Jak krytykuje się Wikipedię?

Odkąd Wikipedia stała się alternatywą dla wszelkich encyklopedii tradycyjnych (drukowanych) odtąd stale poszukuje się haków na to by wykazać różne błędy, lapsusy i wszelkie ciemne strony tego społecznościowego projektu. Krytyka prowadzona jest drogą bądź to wykazywania, że hasła w Wolnej Encyklopedii są pełne wad, np. dane o rzekomej śmierci poetki i zupełnie taka encyklopedia nie może się równać z tradycyjną, co jak wiemy nie jest prawdą. Przypominam artykuł Justyny Hofmokl i Alka Tarkowskiego, którzy przywołali szereg argumentów za, pokazując między innymi, że ilość błędów w encyklopediach tradycyjnych jest porównywalny z tymi wykrywanymi w Wikipedii.

Po drugie próbuje się wyłapywanymi, słynnymi lapsusami podważyć jakość haseł w Wikipedii. Mam na myśli dobrze znany przykład polski – mianowicie hasło Henryk Batuta. Co świadczy o tym, że niekoniecznie można celowo bądź niechcący napisać jakąś głupotę w którymś z haseł ale można w ogóle spreparować całe hasło i takie uprzednio wymyślone następnie umieścić na stronach Wikipedii.

Po trzecie próbuje się również w sposób bardziej inteligentny wskazać, że wszelkie serwisy oparte o model web 2.0 są z góry skazane na katastrofę ponieważ tworzą zbytnio skolektywizowane systemy lub stają się zlepkiem zbytnio zindywidualizowanych punktów widzenia. Szczególnie polecam w tym miejscu artykuł Mirosława Filiciaka, którzy przedstawił poglądy, postulujących te aspekty: Zizka i Laniera czy też artykuł Piotra G. Zielińskiego, który wykazuje, jaki jednak błąd popełnił Zizek przyrównując twórcę treści z odbiorcą treści.

Inna jeszcze możliwość to krytykowanie omawianej encyklopedii poprzez wyliczenia statystyczne. Blisko 70% haseł w angielskojęzycznej wersji Wikipedii redaguje około 2% użytkowników. Hmm, 2% w tym przypadku to około 40 tysięcy redaktorów, gdy np. klasyczne encyklopedie drukowane mogą się poszczycić kilkoma tysiącami redaktorów. Nie wyobrażam sobie aby liczby osób zaangażowanych w powstawanie encyklopedii w takich przypadkach były w jakikolwiek sposób zbieżne. Sam przyznam, że zredagowałem raptem 3, o ile dobrze pamiętam, hasła w Wikipedii, a jestem jej wielkim zwolennikiem. Po prostu w miejscu gdzie uznałem za słuszne dodałem hasło. I to jest ta tzw. mądrość tłumu. Wystarczy aby każdy Polak dodał jedno li tylko hasło i będziemy mieli 40 milionową encyklopedię. Nie da się? Owszem da, tylko trzeba wyedukować ludzi.

Na tym oczywiście problemy się nie kończą oto wyszło na jaw, że jeden z redaktorów ogromnej liczby haseł Wikipedii wcale nie jest tym za kogo się podawał, czyli że nie jest naukowcem z tytułami naukowymi.

W zasadzie zastanawiam się jaka to różnica czy osoba, która zredagowała, stworzyła i zmodyfikowała dwadzieścia tysięcy haseł jest kimś innym niż to deklarowała. Skoro nie wytknięto mu błędów, skoro zrobił kawał dobrej roboty to należy się cieszyć, że znalazł się ktoś, kto potrafił wykazać się wielką inicjatywą i konsekwencją. Jest to kolejny dowód na to, że każdy może współredagować tę ogromną bazę wiedzy. To jest clou całego przedsięwzięcia wszelkich serwisów ukutych we wzorze 2.0.

Mimo prób podważenia roli Wikipedii i ogólnikowej krytyki (w stylu: „Wikipedia jest rażąco nierówna” z roku na rok haseł przybywa, a liczba odwiedzin stale rośnie. Podobnie jak liczba haseł, których około pięciuset codziennie przybywa w wersji polskojęzycznej, a tysiące oczu permanentnie nadzoruje aby poszczególne artykuły hasłowe były poprawne stylistycznie i rzeczowo oraz aby były powiązane w relacje czyli aby były umieszczone w odpowiednich kategoriach.

Tym wszystkim, którzy dostrzegają niedostatki w Encyklopedii Wiki proponuje wreszcie zasiąść przed ekranem monitora i włożyć trochę wysiłku intelektualnego w edycje i poprawienie błędów. Kontestacja jest bardzo modna w Polsce. Narzekamy na wszystko i wszystkich zamiast zakasać rękawy i wziąć się do roboty.

Może te wszystkie próby podważenia jakości haseł Wikipedy, jak ją niektórzy zową ;), są tylko formą walki o pozostawienie wszystkiego bez zmian, o pozostawienie zastanego porządku, walki o status quo. Wszędzie napotyka się na opory i niechęć, a droga zmian często prowadzi do sytuacji, którą wszyscy świetnie znamy z historii, a którą to jeden z bibliotekarzy dostosował do przedstawienia prób wprowadzania jakichkolwiek zmian z działalności bibliotek.

czwartek, 8 marca 2007

Web 3.0

Gdy nieoczekiwanie bądź co bądź wyrósł na naszych oczach termin web 2.0 wielu uznało go li tylko za modne słowo kluczowe, którym opisuje się wszystko, co nowe w internecie. Nie będę w tej chwili zagłębiał się w znaczenie tego terminu ani nie będę rozważał jego konotacji bowiem to zostało uczynione licznie na niezliczonych forach, serwisach i artykułach publicystycznych.

Chcę natomiast zwrócić uwagę na coś zupełnie innego. Mianowicie gdy ukuto termin 2.0 zaczęto równocześnie poszukiwać objawów kolejnych zmian zlokalizowanych dalej na osi tym razem w miejscu przy punkcie 3.0.

Pierwszy raz ów twór słowno-liczbowy web 3.0 usłyszałem na konferencji w Pałacu Kultury w grudniu roku 2006. Wtedy to profesor Henry Jenkins był sugerował, że może właśnie sfera przejawów ludzkich działań w Second Life jest właśnie tym, czemu z czasem przytkniemy łatkę 3.0.

Nie długo trzeba było czekać oto bowiem nowy produkt na rynku gier zwiastuje rychłe zaopatrywanie graczy w konsolę służącą właśnie zgłębianiu możliwości wirtualnego świata web 3.0.

Nie mnie oceniać czy to dobrze czy źle, czy nazwa pasuje czy nie. Zastanawia mnie natomiast czy za sprawą wspominanego Second Life, i innych przedsięwzięć podobnych, z czasem nie zyskamy możliwości bycia nieśmiertelnymi. Wystarczy tylko oprogramowanie, które naszego awatara będzie podtrzymywać i nim kierować zgodnie z naszymi wcześniejszymi predyspozycjami oraz jakieś serwery, firma która zwietrzy interes w oferowaniu tego typu usług. Gdy natomiast niczym w grach RPG nasz awatar będzie zyskiwał coraz to nowe umiejętności (np. nauczy się obcych języków, zdobędzie informacje, poszerzy swoją wiedzę i w konsekwencji wyprodukuje nowy przekaz) to czy po pewnym czasie nie narodzi się wreszcie ta od lat poszukiwana sztuczna inteligencja?

A może zwyczajnie tak, jak było w przypadku web 2.0 pojawi się jakiś kolejny krok ewolucyjny, który dostrzeżony zostanie dopiero w momencie nazwania go, mimo iż od kilku lat będzie już funkcjonował. W każdym razie zmysły już mamy wyostrzone na owo novum, które ma nadejść. Kiedy? Nie wie nikt!

wtorek, 6 marca 2007

Skryptualizacja mowy – cecha netspeaku

Dawno temu niejaki Mike Sandbothe napisał był tekst, w którym wyłożył kilka cech charakteryzujących komunikację w internecie. Poza wyróżnioną w tytule posta były to: piktorializacja pisma i skryptualizacja obrazu. Jako, że w polskiej przestrzeni tekstowej na cytatę tegoż natknąłem się jeno raz, pozwalam więc sobie poniższym opusem przywołać gwoli przypomnienia najistotniejszą według mnie cechę komunikacji internetowej, o której był pisał wspomniany powyżej.

Jedną z głównych cech internetowej odmiany polszczyzny, jeśli o takiej w ogóle wolno mówić, jest skryptualizacja mowy. Z jednej strony fakt ten może jawić się jako zagrożenie dla języka polskiego w ogóle, a z drugiej jako właściwość dająca nowe, nieograniczone wręcz możliwości prowadzenia badań.

Termin skryptualizacja niesie w swym znaczeniu, poza implikacją, iż tradycyjny tekst mówiony w internecie staje się tekstem pisanym, ważne z punktu rozważań lingwistycznych treści. Mianowicie do tej pory specjaliści od języka zajmowali się głównie tekstami pisanymi, nieliczne prace z zakresu badań ustnych realizacji języka, ze względu na utrudnienia płynące z rejestrowania oralnych zaświadczeń skłaniały często do pominięcia takowych w toku inferencji oraz do koncentracji się jedynie na tych bardziej materialnych zdarzeniach językowych.

Skryptualizacja mowy oznacza, iż w internecie gości przekaz pierwotnie mówiony, a dziś za sprawą licznych komunikatorów wprowadzony na nowo do systemu polskiego systemu. Językoznawcy otrzymują w tej chwili materiał gotowy do badań, materiał pisany, aczkolwiek prezentujący ustną odmianę języka naturalnego.

Uważam więc, że to nowe zjawisko należy czym prędzej opisać i przebadać, ciekawe bowiem jest to jak ów kod mówiony oddziaływać będzie na pisany i na powrót na mówiony?